Keywords

Latest topics
» Nieobecności
Sob Cze 17, 2017 3:14 pm by Białoruś

» Skojarzenia
Czw Cze 15, 2017 10:32 pm by Dania

» Reakcje
Czw Cze 15, 2017 10:30 pm by Dania

» Parowanie
Pon Cze 12, 2017 8:59 pm by Argentyna

» Niekończąca się opowieść
Nie Cze 04, 2017 8:16 pm by Czarnogóra

» Otwórz książkę...
Nie Cze 04, 2017 8:13 pm by Czarnogóra

» Muzycznie
Nie Maj 21, 2017 6:36 pm by Korea Północna

» Banowanie
Nie Maj 21, 2017 6:35 pm by Korea Północna

» Rozwiń skrót
Sob Maj 20, 2017 12:19 am by Anglia

wymiana
Font

Londyn, maj 1851.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Londyn, maj 1851.

Pisanie by Anglia on Pon Mar 20, 2017 11:34 pm

Trzymał przed sobą karteczkę ze spisem państw mających uczestniczyć w uroczystości rozpoczynającej Wielką Wystawę. Decyzja o jej urządzeniu zapadła już bardzo dawno temu, aby wszystko zostało odpowiednio przygotowane. Zadanie został powierzone mężowi Królowej, Albertowi, który z pomocą paru innych gentlemanów dopiął wszystko na ostatni guzik. Sam Arthur obserwował sporadycznie rwetes wszczęty dookoła nadchodzącego wydarzenia, martwił się czymś innym zarówno wiedząc, że musi uczestniczyć w tak istotnym dla splendoru Królestwa wydarzeniu. Nie było innej opcji jak zagryźć zęby, wstać sztywno z kapitańskiego stołka i wydać polecenie do tymczasowego złożenia żagli. Myśli kłębiły mu się pod czaszką jeszcze gęściej niż chmury nad Londynem, a obydwa zjawiska nie były zbytnio pocieszające. Początkiem maja deszcz wcale nie odpuszczał i  nie zapowiadało się na to, aby miała im towarzyszyć słoneczna pogoda podczas otwarcia wydarzenia. Chociaż, kto wie? Ta angielska lubi zaskakiwać w swojej zmienności.
Upił trochę whisky ze szklanki stojącej na brzegu biurka i odchyliwszy się na krześle, aby kontynuować przeglądanie odłożonych wcześniej raportów i zapisków, doszedł do jednego, ciężko wiszącego nad nim wniosku; nie mógł się skupić. Angielski wzrok powędrował do naściennego zegara, którego wskazówki rytmicznie przesuwały się po tarczy. Odliczały. Pędziły. Nie czekały. Czas nieubłaganie mijał. Anglik zerknął raz jeszcze na małą, zapisaną pajęczym pismem kartkę. Imię i nazwisko widniejące na samym szczycie kolumny okropnie korciło do zamknięcia się w rezydencji i udania, że jest się daleko za Londynem.
Francois Bonnefoy.
Francis, po prostu Francis, do cholery. Kolejne osoby były w tym momencie mniej istotne, bo to nie po nie Arthur musiał posłać dyliżans i kazać woźnicy przepraszać za nie przybycie na miejsce osobiście. Anglik dał sobie tym zabiegiem chwile na przygotowanie. Z Francją łączyło go ostatnio zbyt wiele korzyści polityczno-gospodarczych na kontynencie, aby móc tak łatwo odpuścić te sprawę.
Język dotknął podniebienia, a ręka automatycznie odłożyła kartkę biorąc kolejny plik papierów z równo ułożonego stosiku.
Dobrze, Chiny i Opium… to już załatwione.
Arthur przymrużył oczy, nie wydawało mu się, aby ten konflikt był zażegnanym. To, że wywalczyli z Francją sporo dla kupców i Kompanii Wschodnioindyjskiej było dynastii i ludności chińskiej zbytnio nie na rękę. Anglia miał tylko jedną opcję; czekać. W końcu Chińczycy i tak byli osłabieni, podzieleni… a właśnie.
Aktualne sprawy.
Coraz częściej czytał raporty o buntach, te go nie niepokoiły. Bardziej nieprzyjemnym w tych dokumentach były wspominki o  mistyku, który swoją religijną demagogią podburzał ludzi przeciwko panującej dynastii, ale też brytyjskiej ekspansji. Arthur zaczął nakreślać w głowie konspekt mający pomóc rozplanować mu przebieg rozmowy i ewentualnie dać zalążek jakimś działaniom w kierunku unieszkodliwienia problemu. Każdy dbał o swoje interesy, cóż w tym dziwnego?
Anglia wstał od biurka odkładając na stos papierów pióro, a karteczkę z uczestnikami włożył do niewielkiej kieszonki wyciętej zgrabnie w kamizelce. Przeszedł się mimowolnie po pokoju i po raz kolejny spojrzał na zegar. Rozmyślał o religiach i o tym jak ich wierzyciele omamiali kolejnych ludzi nakłaniając do wypełniania kultu. Arthura to brzydziło. Odrzucał go fakt nie posiadania własnego, niezależnego zdania i niemożność wykreowania osobowości. Parsknął pod nosem nie chcąc dalej ciągnąć tej dygresji od głównego toru rozumowania. Wolał nie błądzić myślami w odmętach historii religii Anglii zapisanej gdzieś w kronikach kościelnych czy świeckich. O Krwawej Marii, o Henryku VIII i jego wspaniałej córce Elżbiecie, bo ta zawsze budziła w Anglii niechcianą jak na razie nostalgie. Nie ma się co rozwodzić nad minionymi dziejami… jest tu i teraz.  Imperium, Królowa Wiktoria i niechybnie zbliżający się, kolejny konflikt w Chinach. Napawało go to niemożliwie młodzieńczą werwą. Znów wsiądzie na statek, znów rozłożą żagle. Tak, nie chciał mysleć o tym, że epoka żaglowców odchodzi. Maszyna parowa będąca taką przydatną była jak dżuma dla epoki brytyjskich dotychczasowych statków.
Dopił whisky zostawiając puste szkło na biurku. Jej smak kojarzył mu się ze wzgórzami i wrzosowiskami, których widoki dostawał po powrocie z ciepłych, wręcz duszących nocy na południu Afryki czy w Indiach. Ten smak czuł, gdy wrócił po przegranej wojnie z nowym, rodzącym się państwem… Stanami Zjednoczonymi. Whisky to dla kubków smakowych zabójcza dobroć, bo tak ciężko lekko ją przełknąć. Tylko ta dobrego gatunku potrafi odpowiednio poruszyć smakiem i przypomnieć północnoangielskie wietrzysko porywające włosy kobiet w szaleńczy taniec i cylindry meżczyzn w odlegly niebyt bądź spotkanie z mokrą, brukowaną ulicą śmierdzącą ściekami i rozkładającą się gazetą sprzed dwóch dni. Tym razem nie było inaczej, spoglądając za okno i przełykając bursztynowy płyn, Arthur czuł się w domu, czuł się u siebie, czuł tę wilgoć wkradająca się do pomieszczenia wraz z wonią nienagannie rozkwitających pod rezydencją róż. Zapach mieszał się z mokrą od deszczu ziemią i mimo wilgoci przynosił również świeżość, co dawało nadzieje na poprawę pogody. Deszcz był odwieczna częścią wyspiarskiej atmosfery, ale czy tylko ta mała wysepka zapewniała Anglikowi domowe schronienie? Nie. Arthur czuł się u siebie prawie na całym świecie. Prawie wszystko było, jest lub będzie jego. Nie inaczej. Wypełniała go satysfakcja z powodu własnych dokonań, teraz w spokoju mógł powitać Francuza i jego szarże słowne. Anglia, czuł, ze to on wykłada karty, on siedzi nad graczem, który musi przesunąć pionek i nie zrobi tego bez angielskiej pomocy. Dominacja i władza przepełniała go po brzegi. A co za nią szło…? Szaleńcza satysfakcja i pełne upojenie.
 Wyszedł z gabinetu, drobne niesenacki i wspominki zdążyły wyparować wraz z alkoholem ze szklanki, a ulotniły się całkowicie po dźwięku zamykanych drzwi. Arthur wyszedł na zewnątrz, na żwirową drogę przyglądając się lwim posągom i machinalnie przejechał wierzchem dłoni po paszczy jednego z nich. Zaraz odwrócił wzrok, aby przyuważyć podjeżdżający dyliżans i zatroskanego woźnice uwijającego się z transportem bagażu. Po otworzeniu drzwiczek z wnętrza pojazdu wyjrzała niezadowolona francuska twarz.
Och, czyżby żabie nie odpowiadał deszcz? Co za ironia.
Arthur bez większych ceregieli podszedł do dwóch stąpających już po drobno wysypanej ścieżce mężczyzn.
-Dzień dobry, Francis.- Przywitał Francję wykrzywiając usta w najmniej krzywym uśmiechu, jaki udało mu się dzisiaj z siebie wydobyć.- Mam nadzieje, ze podróż przepłynęła Ci bez zbędnych komplikacji…? Oraz, że towarzystwo Edwarda było odpowiednie, to wysłużony i sumienny człowiek.- W tym samym momencie skinął woźnicy głową, że ten może podać francuskie bagaże służbie czekającej przy głównym wejściu.

_________________
'Sitting in an English garden waiting for the sun.
If the sun don't come, you get a tan from standing in the English rain'
avatar

Anglia

Liczba postów : 195
Skąd : Londyn
Join date : 26/11/2016


Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Londyn, maj 1851.

Pisanie by Francja on Pią Mar 24, 2017 5:53 pm

Świat biegł do przodu w zastraszającym tempie. Dla kogoś, kto żył tysiące lat, ostatnie wydarzenia działy się zdecydowanie za szybko. XIX wiek odcisnął ogromne piętno na twarzy Françoisa, mimo że nie minęła nawet jego połowa. W jednej chwili podbijał prawie całą Europę, by zaraz prosić o pomoc.
Uśmiechnął się uprzejmie, acz wymuszenie, gdy woźnica po niego podjechał. Kiwał ze zrozumieniem głową na każde jego słowo. Rozumiał, że Anglia ma w tym momencie o wiele więcej pracy niż zazwyczaj i nie może po niego osobiście podjechać, a przynajmniej tak tłumaczył mężczyźnie. Osobiście nie obchodziło go zbytnio, czy w tym momencie towarzyszy mu Arthur czy ktoś inny.
Napoleon był w jego wspomnieniach człowiekiem nadal żywym. Pogodzenie się z czyimś odejściem zazwyczaj nie przychodziło mu łatwo. Dawno temu obiecał sobie nie przywiązywać się do ludzkich istnień, a mimo to zrobił inaczej. Choć może w sprawie Korsykańskiego Potwora, jak to niektórzy lubili nazywać tego drobnego dyktatora, nie chodziło o samą jego osobę, a wizję, jaką zaraził Françoisa.
Tak, François nie miałby nic przeciwko ponownemu byciu osobą, na widok której inni drżeli. Szybko pożałował swoich marzeń o wielkości. Przynajmniej tym razem nie poleciały głowy. Skutki nie były aż tak… drastyczne. W pewnym sensie był z siebie zadowolony. Wywołał w Europie chaos. Po tym z pewnością nie zostanie zapomniany przez resztę. Niektórym niósł nową wolność, innych karał za zbytnią zachłanność. Było w tym coś bohaterskiego, co pozwalało uzasadnić mu te wszystkie czyny.
Gdy Kongres dobiegł końca, miał już nową wizję na siebie. Skupił się całkowicie na sobie, pozwalając na dość szybki rozwój. Nie mieszał się w sprawy innych, jeśli nie było to aż nazbyt wymagane. Wolał rozsądzać spory, a nie brać w nich udział. Dzięki temu udało mu się ponownie stać na własnych nogach i być przykładem dla innych.
Spokój nie trwał długo. Buntownicza natura dawała o sobie znać. Kolejna rewolta przetoczyła się przez kraj. Druga Republika brzmiała dumnie, lecz daleko jej było od ideału. François czuł się zmęczony wszystkimi wydarzeniami. Czuł się coraz gorzej. Na dodatek coś podpowiadało mu, że niedługo względny pokój zostanie ponownie zakończony. Nie dawał tego po sobie poznać.
W tym momencie znajdował się w Londynie w sprawach nieco mniej oficjalnych. Mógł przez ten czas odpocząć. Podczas swojej podróży dyliżansem nie odzywał się wiele, choć nie milczał całą drogę. Próbował przekonać woźnicę, że jego nieco mrukliwa w tym momencie postawa spowodowana jest zmęczeniem podróżą. W środku był rozgoryczony.
Mimo swej niezbyt ciekawej sytuacji, nadal wyglądał dobrze, co zapewne stanowiło źródło zawiści wielu osób. Nie było to jego winą, więc z uśmiechem zbywał wszystkie docinki, które przejawiały się przez lata życia. Dzisiaj nie było inaczej. Włosy związał w kucyk, podążając za obecną modą. Czasy wyszukanych kreacji minęły, więc ubrał się dość skromnie w porównaniu z wiekami wcześniejszymi.
Gdy dojechali na miejsce, wysiadł z dyliżansu. Pochwycił w swe dłonie cylinder i parasol. Deszcz. Czegóż innego mógł się spodziewać po Anglii? Na pewno nie słońca. Skrzywił się. Taka pogoda średnio mu podopasowywała. Na pewno nie zachęcała do wychodzenia na ulice, a co dopiero jakieś wystawy. Podążył za woźnicą, który targał jego bagaże. Nie zdążył dojść do drzwi, gdy pojawił się przed nim nie kto inny, jak gospodarz.
Uśmiechnął się kwaśno, nie próbując nawet udawać. Tyle lat znajomości, a on dalej kaleczył jego imię, zapewne z premedytacją. Nie dał się wybić ze swojej tradycyjnej uprzejmości.
- Dzień dobry, Arthurze – odpowiedział mu, wymawiając jego imię z aż nazbyt francuskim akcentem. Oko za oko. – Och, podróż minęła mi całkiem znośnie. Na szczęście nie musiałem się za bardzo zmoczyć, żeby tutaj przybyć. Jestem wdzięczny wynalazcom takich wygód jak dyliżans. Szkoda by było, gdyby zostały zapomniane…
Zrobił krótką przerwę, by zaobserwować, jak traktują jego walizki. Miał w nich dość cenny dobytek, który wolałby mieć w całości. To nie tak, że nie ufał służbie Anglii, która z pewnością była dobrze dobrana. Robił to ze zwykłego przyzwyczajenia.
- Edward to bardzo uprzejmy i dobrze wychowany człowiek, powinieneś przemyśleć zwiększenie jego pensji.

_________________
avatar

Francja

Liczba postów : 8
Join date : 14/01/2017


Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Londyn, maj 1851.

Pisanie by Anglia on Nie Kwi 09, 2017 5:48 pm

Edward zrozumiał polecenie i zaraz zajął się wyznaczonym zadaniem. Francuskie bagaże zostały przetransportowane do odpowiedniego miejsca, czyli zapewne do niewielkiej garderoby obok sypialni, jaką miał zajmować Francis podczas pobytu. Tym nie zajmował się woźnica, a reszta służby, która również nie była byle jaka. W końcu Anglia dbał tez o swoje rzeczy, a przede wszystkim wypłacał ludziom tyle, aby mogli prowadzić normalne życie. Nie był złym pracodawcą, tyrania dla zabawy od dawna nie sprawiała mu przyjemności, a poza tym tą rezerwował dla odpowiednich przeciwników, a nie bogu winnych kobiet czy mężczyzn w Anglii czy innej części świata.
-Na wszystko przychodzi swój czas, Francis. Bez sensu rozwodzić się nad czymś takim.
Mimo surowego podejścia zewnętrznego Arthur musiał przyznać, ze tez doskwierało mu zbyt szybkie tempo nadane przez ostatnie wynalazki. Wolałby, aby żaglowce nie odchodziły, ale samochody już mu odpowiadały. Cóż, w życiu nie można sobie tak wybierać, albo bierz się jakąś opcje całkowicie, albo w ogóle. Anglia to rozumiał, ale był coraz starszy, a co za tym idzie, miał coraz więcej wspomnień za którymi mógł tęsknić. Tego chciał się wystrzegać. Sentymentalności… mimo że angielskie ogrody miały w sobie nutę sentymentalizmu. Nic, jednak po tym, że wzdycha się do tego, co już minione.
Inne słowa Francuza wpuścił jednym uchem, a drugim wypuścił. Wciąż spoglądał na drugiego mężczyznę z wyuczoną uwagą, ale nie znaczyło to, w żadnym wypadku, ze wewnętrznie Anglia przejmuje się warunkami w jakich Francja przebył podróż. Musiał się nim zająć, więc pozostawał w otoczce grzeczności i oficjalności, tego od niego wymagała funkcja reprezentatywna.
- Zapewniam Cię, ze zarabia wystarczająco, cała reszta tez. Nie musisz im patrzeć na ręce- odwołał się do momentu zawahania, jaki Francis przeżył w swojej wypowiedzi. Uśmiechnął się kącikiem ust, jakby ukazując tym odrobinę swojej wyższości, którą odczuwał wewnętrznie. Nie mógł się powstrzymać.
W geście przyzwyczajenia wyciągnął zegarek z kieszonki i popatrzył na tarczę.
-No, ale na tego typu rozmowy będziemy mieli czas przy drugim śniadaniu, które właśnie podają. Wypadałoby być punktualnie na otwarciu wystawy, skoro cała Twoja podroż przebiegła odpowiednio.
Schował przedmiot tam, skąd go wyciągnął i strzepnął niewidoczny pyłek z odzienia wierzchniego. Spojrzał jeszcze na kręcącego się przy koniach Edwarda.
-Edwardzie, zaprowadź zaraz konie do stajennego, niech się nimi zajmie, za półtora godziny mają być gotowe do drogi. To samo powóz.- Dalszych instrukcji nie wydawał, bo mężczyzna idealnie wiedział co ma zrobić. Zasypany wcześniejszymi komplementami jakby prężniej zabrał się do podprowadzenia zwierząt w powiedziane miejsce.
-A my wejdźmy do środka, goście przodem. Zapraszam.- Uniósł lekko Brwi wyciągając rękę w zapraszającym geście i wskazującym na wejście do rezydencji, przed którym przybijały swoją dostojnością posągowe lwy.

_________________
'Sitting in an English garden waiting for the sun.
If the sun don't come, you get a tan from standing in the English rain'
avatar

Anglia

Liczba postów : 195
Skąd : Londyn
Join date : 26/11/2016


Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Londyn, maj 1851.

Pisanie by Francja on Pon Kwi 10, 2017 10:35 pm

- Na każdego przychodzi swój czas… - rzucił lekko i spojrzał aż nazbyt rozkojarzonym wzrokiem na Anglię.
Myślami chwilę błądził po zupełnie innych ścieżkach, zostawiając doczesny świat bez niego. Chyba sobie przez ten czas poradził, bo nadal stał tak, jak go opuścił. Po zapewnieniach Anglii zostawił służbę w spokoju. Skoro dobrze widzieli, co robili, nie musiał się martwić o swój dobytek. Doświadczenie mówiło mu zupełnie co innego. Nawet najlepsi ludzie potrafili czasem zawieść, a w czasach takich jak te nie ufał zbytnio pozostałym. Chciał być jednak uprzejmy, dlatego swoją całą uwagę skierował już w stosunku blondyna stojącego przed nim.
- Nie chodziło mi o stałą podwyżkę, a może drobny dodatek za pracę w utrudnionych warunkach…
Gdzie utrudnionymi warunkami był sam François. Potrafił narzekać na najdrobniejszą niewygodę, a Edward miał dotychczas szczęście, że jeszcze nie musiał spotkać się z francuskim czepialstwem. Poprzednia podróż zmęczyła go wystarczająco albo po prostu poprzedni woźnica był na tyle nieostrożny, że wykorzystał zapas całego krytycyzmu, jaki ten wziął ze sobą na najbliższe dwa dni. Być może obecność Anglii nieco naprawi te wyczerpane rezerwy, pozwalając duchowi narzekania ponownie zakwitnąć.
- Och, drugie śniadanie. Jak miło z twojej strony. Idealnie wszystko zaplanowałeś. Nie zdążę chyba nawet porządnie odpocząć. - Zaśmiał się lekko i wszedł do środka, zapewne kierując się dalej wedle wskazań Anglii. – Sam nie wiem, czy to dobrze czy źle. Nie przyjechałem tu wszakże na odpoczynek i wygody, a po to, by niejako pracować, chociaż z taką obsługą nawet obowiązki wydają się być przyjemną alternatywą dla spędzania czasu.
Niedyskretnie rozglądał się po wnętrzu, by wyłapać swoim sprawnym okiem, jak w tym momencie się Anglii powodzi. Służba wyglądała dobrze, ale samo miejsce ugoszczenia też wydawało się być ważne. Pokazywało w pewien sposób stosunek gospodarza do swojego gościa. Mając do dyspozycji trochę więcej lokali niż przeciętny człowiek, Arthur mógł go równocześnie dobrze umieścić w jakiejś niezbyt dobrze wyglądającej przybudówce. Oznaczałoby to tyle, co brak szacunku i lekkie pobłażanie. Na szczęście tak nie było. Ich relacja też ostatnio dość mocno się zacieśniały, więc nie było powodów ku takiemu znieważaniu. Poza tym Francja nadal liczyła się na arenie międzynarodowej.

_________________
avatar

Francja

Liczba postów : 8
Join date : 14/01/2017


Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Londyn, maj 1851.

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach